Agnieszka odeszła

 Choroba pokonała ją. Zostawiła maleńką córeczkę   Avę i  zrozpaczonego  męża Tomasza, który walczył o nią do końca.    To nie tak miało być. 

„Śmierć nie jest końcem wszystkiego.
Przeszłam tylko do sąsiedniego pokoju… Nadal jestem sobą…
I dla siebie jesteśmy tym samym, czym byliśmy przedtem.
Zatem nazywaj mnie wciąż moim imieniem , mów do mnie, jak zawsze…
Nie zmieniaj tonu głosu, nie rób poważnej i smutnej miny.
Uśmiechaj się, myśl o mnie, módl się za mnie…
Niech moje imię będzie wciąż wymawiane,
ale tak, jak było zawsze – zwyczajnie i bez oznak zmieszania.
Życie przecież oznacza to samo, co przedtem, jest tym samym, czym zawsze było…
Żadna nić nie została przerwana…
Dlaczego więc miałabym być nieobecna w twoich myślach tylko dlatego,
że nie możesz mnie zobaczyć?
Czekam na ciebie bardzo blisko… tuż-tuż… po drugiej stronie drogi …” - napisał na jej  stronie Paweł

                                                                                      Wszystko działo się tak szybko, że nie zdążyliśmy przekazać podziękowań nadesłanych do fundacji przez Agnieszkę i Tomka. Czynimy to teraz. 

Dziękujemy z całego serca  za bezinteresownie i wyciągniętą dłoń, która    daje    wiarę, że   nawet w najtrudniejszych chwilach, a tych nam nie brakuje, nie jesteśmy sami. 

Każda  kwota, którą od Was otrzymujemy jest małą cząstką nadziei, że moja Agnieszka, która  dzielnie zmaga się z chorobą, będzie mogła wszystkim i każdemu z osobna podziękować. Teraz nie ma siły.

Czynię to w jej imieniu. I walczę razem z nią zmagając się z problemami, których codziennie przybywa. Kupiliśmy już urządzenie, za pomocą którego można niszczyć komórki nowotworowe.  Pokładamy w terapii ultradźwiękami  ogromną nadzieję. Kochamy Was wszystkich i dziękujemy.

 

       Agnieszka ma 34 lata. Razem z  mężem Tomkiem i dwuipółletnią córeczką Avą mieszkają  obecnie w Wielkiej Brytanii.  Jeszcze przed rokiem pracowała jako menadżer. Była spełnioną w życiu osobistym i zawodowym młodą kobietą. Miała mnóstwo pięknych marzeń. Niestety, wszystko pokrzyżowała choroba.

Przyjaciele mówią o niej "Atomówka". Bo Agnieszka,  dziewczyna  wrażliwa,  otwarta  i empatyczna, zarażała wszystkich radością. A jednocześnie prawdziwa wojowniczka, pewna siebie i twarda nigdy nie odmawiała pomocy znajdującym się w potrzebie. Teraz sama jej potrzebuje.

W czerwcu ubiegłego roku Agnieszka zaczęła gorączkować. Lekarz zapisał antybiotyk, ale lek nie poprawił jej stanu. Kolejna wizyta u lekarza i skierowanie do szpitala z podejrzeniem infekcji. Jednak po serii badań usłyszała straszną diagnozę: nowotwór. Jej  świat w ułamku sekundy runął. Po kolejnych badaniach na oddziale onkologii nie było już wątpliwości. Rak zaatakował jelito grube. Są przerzuty do wątroby i płuc. To czwarta faza – powiedział onkolog. Dodał, że guz jest nieoperacyjny i możliwe jest tylko leczenie chemią.

 Po początkowym szoku Agnieszka podjęła walkę. Postanowiła skopać rakowi tyłek  - mówią jej przyjaciele. Mimo ogromnego bólu zaciskała zęby i uśmiechała się do świata. Chemioterapia niszczyła ją całą, podczas gdy guz miał się dobrze. Kiedy Agnieszka zaczęła niknąć w oczach jej mąż podjął walkę o monoterapię targetowaną bez chemii. Lekarze byli jednak nieubłagani.  Kolejny kurs chemii przerwał jej  wyjazd  do Polski w związku z chorobą i śmiercią mamy. W trakcie dwumiesięcznego pobytu w Polsce Agnieszka stosowała tylko medycyną naturalną. Zrobione po powrocie, przed kolejnym kursem chemii,  badanie tomograficzne pokazało, że guzy na wątrobie zmniejszyły się. Ale to też nie przekonało lekarzy do zmiany terapii. Bardzo silna chemia, która  niszczyła krwinki czerwone, doprowadziła do zupełnego wyczerpania organizmu. Agnieszka nie wstawała już prawie łóżka, jej mięśnie zaczęły zanikać.  Miała problemy z myśleniem.  Częste transfuzje krwi stały się niezbędne, aby choć trochę ją wzmocnić. 

     Chemia, która miała zniszczyć raka, powoli ją zabijała. Agnieszka powiedziała – dość. I wtedy okazało się, że monoterapia przeciwciałami, o której lekarze długo  nie chcieli słyszeć,  jest możliwa. 

Obecnie jedyną szansą  są już tylko  niekonwencjonalne metody leczenia.  To wielka nadzieja dla tej młodej kobiety i jej bliskich. Pojawiło się też  światełko nadziei w postaci terapii polegającej na niszczeniu  i blokowaniu  chorych komórek   impulsami ultradźwiękowymi za pomocą tzw. maszyny Rifa.

Nadzieja jednak kosztuje. Terapia wymaga sporych nakładów pieniężnych. Agnieszka nie pracuje.  Jej mąż  musiał zrezygnować z pracy, aby opiekować się nią i małą córeczką. Na pomoc państwa też nie mogą liczyć. Sytuacja finansowa rodziny jest dramatyczna. A choroba pochłania coraz więcej pieniędzy.

 - Agnieszka jest naszą podopieczną. Musimy jej pomóc, bo  ona też nigdy nie szczędziła sił i czasu, aby wspierać innych - zwraca się  z apelem  do  Maria Sienkiewicz, prezeska Fundacji Promyk. - Nigdy dotąd nie zawieliśmy się na ludziach o wielkich sercach i wierzymy,  że i tym razem tak będzie.  

 Do prośby  przyłączają się  przyjaciele Agnieszki, którzy też robię, co mogą, aby ta  dzielna młoda kobieta mogła przetrwać dramatyczny i ciężki okres. Każda złotówka jest ważna. Za każdą dziękujemy.

                     AGNIESZKA CHCE WALCZYĆ I ŻYĆ  – MA DLA KOGO – POMÓŻMY JEJ !

Pieniądze prosimy wpłacać na konto Fundacji “Promyk” z dopiskiem “dla Agnieszki”.

BS Rutka Tartak   nr 77936700070010001970870001


        Licznie zgromadzili się mieszkańcy Sejn  na  spotkaniu poświęconym leczeniu komórkami macierzystymi  i pozyskiwaniu potencjalnych dawców, które odbyło się w Zespole Szkół Centrum Kształcenia Rolniczego.  Zaproszenie na wykład i projekcję filmową skierowane zostało do osób, które ukończyły osiemnaście lat, bo jest to warunek zarejestrowania w bazie przyszłych dawców.

       Maria Sienkiewicz, szefowa suwalskiej Fundacji Promyk zaprosiła na spotkanie Anetę i Roberta Piekarskich, rodziców Norberta, chłopca który zachorował na białaczkę i   dwukrotnie przeszedł przeszczep szpiku.    Dzisiaj cieszy się życiem,  jak jego rówieśnicy.  Państwo Piekarscy  opowiadali o walce synka z chorobą.  O cierpieniu, chemioterapii, wznowie i  utracie nadziei. O straszliwej bezradności. I o tym jak nadzieja wracała, kiedy znajdował się dawca komórek macierzystych.  Ktoś o wielkim sercu, kto podzielił się z ich dzieckiem cząstką siebie i uratował je. Zebrani  słuchali  w skupieniu i nie kryli wzruszenia.

     - Wiem, że wiele z tych osób weźmie udział w akcji krwiodawstwa, która zaplanowana jest  w Sejnach  na 12 marca  – mówi Maria Sienkiewicz. – Jednocześnie  odbywać się będzie rejestracja potencjalnych dawców komórek macierzystych. 

Komórki macierzyste są najbardziej pierwotnymi komórkami, które tworzą strukturę organizmu. Ich cechy są tak unikatowe, że terapia z ich zastosowaniem nazywana jest „medycyną XXI wieku”. Stosowane są w leczeniu około osiemdziesięciu schorzeń przez przeszczepienia.  Z wykorzystaniem komórek własnych chorego lub pochodzących od innego dawcy. Największy udział mają w terapii chorób nowotworowych przede wszystkim ostrych i przewlekłych białaczek oraz raka, nerek, piersi, zaburzeń układu odpornościowego oraz układu krwionośnego.

Światowa społeczność dawców szpiku obejmuje dawców z 52 krajów i liczy już ponad 27 mln osób, z czego polscy dawcy stanowią ok. 4% (dane za 2016 rok). Zgromadzenie w Polsce liczby ponad 1 miliona dawców stało się możliwe  dzięki altruizmowi naszych rodaków, młodych ludzi chętnie wpisujących się do rejestru dawców szpiku i gotowych oddać swoje komórki krwiotwórcze dla ratowania nieznanej osoby. Należy tu podkreślić rolę i zaangażowanie ośrodków dawców szpiku, które prowadzą codzienne działania promocyjne oraz opiekują się potencjalnymi dawcami szpiku. Na wyróżnienie zasługuje  Fundacja DKMS Polska. 

             Dzieci z suwalskiego Przedszkola nr 8 z Oddziałami Integracyjnymi ruszyły na pomoc bezdomnym kotom, dla których mroźna zima jest czasem wyjątkowo trudnym. Zebrały  karmę i przekazały Fundacji Promyk,  której wolontariusze   opiekują się bezpańskimi futrzakami.  Dzieci nie tylko gromadziły karmę, ale też uczestniczyły w zajęciach, gdzie uczyły  się jak  wspierać istoty słabsze i niezaradne.

                - Na buziakach widać było radość i satysfakcję.  Były bardzo dumne, że pomagają bezdomnym kotkom – opowiada  Maria Sienkiewicz, szefowa Fundacji Promyk, która spotkała się z maluchami z „ósemki” i odebrała dary ich wrażliwych serduszek.

                        

Każdego roku przybywa   zwierzaków zagubionych i porzuconych przez właścicieli, które błąkają się szukając schronienia. Niewiele znajduje nowy dom, czy trafia do schronisk. Większość żyje dziko. Kotom najtrudniej przetrwać zimę. Na szczęście są wspaniali ludzie, którzy niosą  im pomoc. Otworzą piwniczne okno, nakarmią.  Wiąże się to z niemałymi kosztami, bo jedzenie dla kotów  jest drogie.

- Toteż bardzo cenimy takie społeczne akcje. Pięknie dziękujemy maluchom z Przedszkola nr 8 i ich opiekunkom. - Niesienie pomocy zwierzętom jest niezwykle szlachetnym zajęciem – podkreśla pani Maria. 

        Zmagania  Małgosi Żywalewskiej z rakiem poruszyły serca. Na apel naszej fundacji o pomoc odpowiedziało wiele osób. Przekazy płynęły z całej Polski. Na dzień dzisiejszy na jej  konto wpłynęło  27 592,39 zł.

- Brakuje słów, które mogą oddać moją wdzięczność – mówi Małgosia. – Nie spodziewałam się, że stanę się ważna dla tylu osób. Tym bardziej, że czasu do terminu operacji było niewiele.  Każda złotówka świadczy o tym, że nie jestem osamotniona w walce z chorobą. Ktoś zatrzymał się na moment żeby przeczytać moją historię i wypełnił przekaz. Ktoś podzielił się  dobrą  energią, ciepłym słowem. Ta pomoc jest  nie do przecenienia. Dodała mi siły do walki z chorobą.

     Przypomnijmy: w 2006 roku zdiagnozowano u Malgosi raka jajnika, którego pokonała i wróciła do aktywnego życia. Pracowała, aktywnie  działała w wolontariacie,  między innymi w   "Szlachetnej paczce". W czerwcu 2017 roku trafiła do szpitala z bólem brzucha.
Diagnoza – rak z przerzutami  na otrzewną – przerwała spokojne życie rodziny Żywalewskich. Operacja i chemioterapia  nie przyniosły poprawy.  Stan zdrowia pogarszał się. Lekarze w białostockiej klinice rozłożyli ręce i powiedzieli, że wykorzystali wszelkie dostępne możliwości. 

    Małgosia jest silną kobietą, zaprawioną w bojach wolontariuszką i  łatwo się nie poddaje.  Zaczęła szukać ratunku. W końcu trafiła na prof. Tomasza Jastrzębskiego z Gdańska, znanego onkologa,  który dał jej  nadzieję. Jednak nadzieja okazała się kosztowna i nierefundowana przez NFZ. Jej rodzina nie jest zamożna. Wyłożyła, co miała. Była to jednak kropla w morzu potrzeb, które wstępnie wyceniono na 48 tysięcy złotych.  Małgosia była już bliska załamania, kiedy spotkała,  znajome z  różnych akcji charytatywnych,  wolontariuszki. Opowiedziała im o swojej dramatycznej  sytuacji, a one momentalnie przejęły inicjatywę, bo czasu było niewiele, a pierwszą ratę za operację trzeba było wpłacić do 10 grudnia. I tak się stało. 

 - Zgodnie z założonym programem prof. Jastrzębski zoperował mnie 13 grudnia w Szpitalu Specjalistycznym w Brzezinach koło Łodzi – opowiada Małgosia – Trzygodzinny zabieg polegał na usunięciu  z otrzewnej zmian  zagrażających  życiu i  udało się to w stu procentach. Guz  został ponadto potraktowany chemią, w celu zatrzymania jego rozrostu. Pobrany został  materiał do badań i wysłany do laboratorium w Belgii. Koszt badania wynosi 12.900  złotych, ale jest to konieczne żeby można było wybrać najlepszy rodzaj chemii i nie stosować metody "trafi się, albo nie trafi". Dotychczas stosowane leki  nie dały żadnych rezultatów.   

   Prof. Jastrzębski zaplanował trzy kursy chemioterapii, które powinny zmniejszyć guz. Następnym etapem będzie jego całkowite usunięcie.

- Lekarz nie może mi  dać stuprocentowej gwarancji. Powiedział mi jednak coś bardzo ważnego - ogromne znaczenie  w terapii ma ocena samego siebie. A ja czuję się w tej chwili dobrze – zapewnia Małgosia. – Czekam na wyniki badań i wierzę, że mi się uda.  I mam taki plan, że za okazane serce, za pomoc będę starała się odwdzięczyć. Wierzę, że dobro dane innym wraca i jestem tego przykładem.  Założę fundację i jak dotychczas będę  pomagała, zwłaszcza ludziom starszym.  Moja córka już wymyśla dla niej nazwę.

   Przed Małgosią jeszcze długa  i trudna droga. Innowacyjna terapia pociąga za sobą duże koszty, które na ten moment trudno przewidzieć.

- Pomagajmy tej dzielnej dziewczynie -  zwraca się z apelem Maria Sienkiewicz, szefowa Fundacji Promyk. – Ona na to zasługuje, jak mało kto. 

Konto bankowe, na które można dokonywać wpłat z dopiskiem "DLA MAŁGOSI" :  BS Rutka Tartak   nr 77936700070010001970870001

 

 

        Zbliżają się święta  i wiele osób, którym wiedzie się gorzej, potrzebuje pomocy. Również w naszym mieście zawsze ktoś czeka na świąteczną paczkę.  

            Dobrą tradycją stała się już zbiórka żywności  przez uczniów  suwalskich szkół i Szkoły Podstawowej w Przebrodzie.  Do pudeł trafiły głównie  produkty spożywcze i słodycze. Nie zabrakło też przetworów z domowych spiżarni. To, co młodsi zebrali ich starsi koledzy, studenci z suwalskiej PWSZ, elegancko zapakowali i rozwieźli do domów dwudziestu podopiecznych fundacji.

    

 Nierzadko wolontariusze byli świadkami  wielkiej radości podczas rozpakowywania paczek. Nie ukrywają, że to dla nich doświadczenie wywołujące łzy wzruszenia. Na ich ręce obdarowani przekazywali podziękowania i serdeczne życzenia wszystkim, którzy okazali im serce.

 

 

 

 

 

 

             Przedszkolaki  z suwalskiego Przedszkola nr 2 przy ul. Waryńskiego   włączając się do naszej akcji „Dzieci dzieciom” pokazały, jak wielkie mają serca.   Uzbierały całą górę zabawek. Pluszaki, przytulanki i inne prezenty trafią do świątecznych paczek dla rówieśników, podopiecznych naszej fundacji. Ich rodzice, ze względu na trudną sytuację materialną, nie zawsze mogą  sprawić prezent swoim pociechom.
       Maluchy   musiały czasem  podjąć trudną decyzję o rozstaniu z ulubioną zabawką. Ale co tam, wiedząc, że  sprawią radość innym dzieciom, chętnie pakowały swoje misie, kotki, pieski do prezentowych toreb.

Paniom opiekunkom, które dbają o to, żeby maluchy potrafiły dzielić się z innymi, pięknie  się kłaniamy. A dzieciakom przesyłamy wielkie buziaki,  życzymy wesołych  świąt i wymarzonych prezentów.

Małgosia Żywalewska przeszła dzisiaj rano operację. Lekarzom nie udało się za pierwszym razem wykonać wszystkiego, co zaplanowali w jej terapii. Czeka ją kolejna, a potem leczenie farmakologiczne, a po drodze wiele badań, diagnoz. Po dzisiejszym zabiegu Małgosia jest pełna nadziei. Chociaż obolała, przytula do serca wszystkich, którzy otworzyli swoje serca dla niej. I bardzo, bardzo dziękuje za najmniejszy nawet grosik. Za serdeczne słowa, za otuchę, za dobrą energię.

Na koncie fundacji mamy już ponad 21975,15 tysięcy złotych. Zbieramy dalej i pięknie dziękujemy wszystkim, którzy już wsparli akcję dla Małgosi.

     

NA KONCIE FUNDACJI Z DOPISKIEM "NA LECZENIE MAŁGOSI" MAMY JUŻ BLISKO DWADZIEŚCIA TYSIĘCY. PRZELEWY  SPŁYWAJĄ Z CAŁEJ POLSKI. NAJWIĘCEJ OCZYWIŚCIE Z SUWAŁK, BO MAŁGOSIA JEST DZIEWCZYNĄ STĄD. 

Na przelewach bankowych, oprócz kwot, jest wiele ciepłych słów wsparcia i życzeń powrotu do zdrowia. W imieniu Małgosi, która aktualnie przebywa w suwalskim szpitalu,  pięknie wszystkim dziękujemy.  

DO AKCJI POMOCY MAŁGOSI WŁĄCZAJĄ SIĘ KOLEJNE OSOBY.OD PANA MICHAŁA DOSTALIŚMY TAKI OTO  LIST:       

"Moi drodzy,  podopieczna Fundacji "Promyk" potrzebuje naszego wsparcia.
Wrzucam ten nóż na licytację, a całą kwotę za jaką zostanie kupiony, przekażę na leczenie
 Małgosi Żywalewskiej 🙂
Proszę, udostępniajcie ten post, niech idzie dalej. Trzeba jej jak najszybciej pomóc! Tu można licytować:

http://allegro.pl/show_item.php?item=7085090800#thumb/3

Wierzę, że to się uda, a każdy z nas dołoży od siebie małą cegiełkę 🙂
Można również wpłacać pieniążki bezpośrednio na konto Fundacji, każdy gest się liczy! "
Konto Fundacji: 77936700070010001970870001
Z dopiskiem: "na leczenie Małgosi"

DZIAŁAMY!!!

Suwalczanka Małgosia Żywalewska od lat uczestniczyła w akcjach pomocy potrzebującym. Była wolontariuszką „Szlachetnej Paczki” i wielu innych działań. Razem z córką Julią robiły ozdoby świąteczne sprzedawane na kiermaszach charytatywnych. Małgosia nie szczęściła  czasu ani pracy na rzecz skrzywdzonych przez los. Dzisiaj sama potrzebuje pomocy.

W 2006 roku zdiagnozowano u niej raka jajnika. Małgosia   pokonała chorobę i  wróciła do swojego aktywnego życia.

- Mama czuła się dobrze  i jak większość ludzi żyła w biegu, zaganiana pracą i obowiązkami. Nadal udzielała się charytatywnie - mówi jej córka Julka.

W czerwcu tego roku Małgosia z  ostrym bólem brzucha trafiła do szpitala. Diagnoza –  rak otrzewnej z przerzutami - przerwała spokojne życie rodziny Żywalewskich.

-  Mama przeszła już leczenie chemioterapią, które nie przyniosło efektów. Guzy, które są nieoperacyjne,  nadal rosną, a lekarze w białostockiej klinice nie mają możliwości dalszego leczenia mamy. Mama nie poddała się jednak  i szukała pomocy wszędzie. W końcu trafiła na onkologa prof. Tomasza Jastrzębskiego z  Gdańska,  który podejmuje  się usunięcia guzów innowacyjną metodą – z nadzieją w głosie relacjonuje Julka.

 Niestety metoda ta nie jest refundowana przez NFZ. Koszt leczenia   to 48 tysięcy złotych tysięcy Rodzinie udało się już zebrać 11 tysięcy złotych.  Operacja mogłaby się odbyć 13-14 grudnia, ale warunkiem jest wpłacenie pierwszej raty w kwocie 28 tysięcy złotych do 10 grudnia.
- Nie jesteśmy zamożni, nie posiadamy takich pieniędzy. Proszę  więc o wsparcie leczenia mojej mamy. Choćby drobną kwotą. Wierzę, że dzięki ludziom  o  dobrych sercach mama wróci do zdrowia i dalej będzie pomagać innym -  zwraca się z apelem Julia.

Czasu na pomoc Małgosi jest niewiele. Zróbmy jej  prezent na gwiazdkę, tak jak ona przez wiele lat czyniła to pukając do drzwi potrzebujących z paczką i serdecznym słowem.  

Wpłaćmy na konto Fundacji Promyk choćby drobną kwotę z dopiskiem „na leczenie Małgosi”. A przy wigilijnym stole,dzieląc się   opłatkiem z najbliższymi,  prześlijmy Małgosi dobrą energię, której tak bardzo potrzebuje. 

Suwalczanie wiele razy pokazali  w takich dramatycznych sytuacjach dobre serca i okazywali  szczodrość. Wierzymy, że tak będzie i tym razem.  

Konto Fundacji Promyk: 77936700070010001970870001 (BS Rutka Tartak)