Agnieszka odeszła

 Choroba pokonała ją. Zostawiła maleńką córeczkę   Avę i  zrozpaczonego  męża Tomasza, który walczył o nią do końca.    To nie tak miało być. 

„Śmierć nie jest końcem wszystkiego.
Przeszłam tylko do sąsiedniego pokoju… Nadal jestem sobą…
I dla siebie jesteśmy tym samym, czym byliśmy przedtem.
Zatem nazywaj mnie wciąż moim imieniem , mów do mnie, jak zawsze…
Nie zmieniaj tonu głosu, nie rób poważnej i smutnej miny.
Uśmiechaj się, myśl o mnie, módl się za mnie…
Niech moje imię będzie wciąż wymawiane,
ale tak, jak było zawsze – zwyczajnie i bez oznak zmieszania.
Życie przecież oznacza to samo, co przedtem, jest tym samym, czym zawsze było…
Żadna nić nie została przerwana…
Dlaczego więc miałabym być nieobecna w twoich myślach tylko dlatego,
że nie możesz mnie zobaczyć?
Czekam na ciebie bardzo blisko… tuż-tuż… po drugiej stronie drogi …” - napisał na jej  stronie Paweł

                                                                                      Wszystko działo się tak szybko, że nie zdążyliśmy przekazać podziękowań nadesłanych do fundacji przez Agnieszkę i Tomka. Czynimy to teraz. 

Dziękujemy z całego serca  za bezinteresownie i wyciągniętą dłoń, która    daje    wiarę, że   nawet w najtrudniejszych chwilach, a tych nam nie brakuje, nie jesteśmy sami. 

Każda  kwota, którą od Was otrzymujemy jest małą cząstką nadziei, że moja Agnieszka, która  dzielnie zmaga się z chorobą, będzie mogła wszystkim i każdemu z osobna podziękować. Teraz nie ma siły.

Czynię to w jej imieniu. I walczę razem z nią zmagając się z problemami, których codziennie przybywa. Kupiliśmy już urządzenie, za pomocą którego można niszczyć komórki nowotworowe.  Pokładamy w terapii ultradźwiękami  ogromną nadzieję. Kochamy Was wszystkich i dziękujemy.